- po ponad 3 h oczekiwania na Teglu, w tym prawie godzina w samolocie, bo udawali, że przed 3 zdążą (kwestia odszkodowania)
- już w samolocie dowiedzieliśmy się, że wylądujemy nie na Orly, a na Charles de G., i tak się stało jakieś 5 minut przed północą;
- stamtąd podstawili 2 busy i do wyboru Orly, albo coś tam, o nazwie, która nic mi nie mówiła. Skoro mnie nic nie mówiła, to reszcie wycieczki tym bardziej.
- Pani z linii doradziła nam, Orly, no to pojechałyśmy. Tam autobus zatrzymał się przed jakąś boczną bramą, To młoty do roboty czyli szukamy taxi, bo nocny bus z późniejszą przesiadką, właśnie odjechał, gdy dojeżdżaliśmy. Po.machaliśmy mu. jakaś kobieta podchodzi i pyta czy my na taxi? Tak, tyle, że ona nic po angielsku, a my po francusku. Bo jaj jej mówię, że jest nas 5 łącznie, a ona OK, OK.
Potem jesteśmy przy jej aucie (na pewno nie była to taxi) to ona mówi, że 4 osoby. Tym razem M, która kiedyś uczona była francuskiego zrozumiała. To ja już, po polsku z mordą, nawet nie na nią tylko ogólnie, że jak tak, to nie! W końcu machnęła ręką, że 5 zabierze.
To pytam o cenę, a ona coś w rodzaju Ok, Ok; dogadamy się?!
Ja że nie wsiadam , bo potem to za te 12 km (wg. nmapki z gogli) nie wiadomo ile zapłącimy. To ona w końcu, że 50 E, a jak jej Basia wcale nie po francusku, tylko angielsku 40 E wymieniła, to od razu zrozumiała o co chodzi, i nie zgodziła się.
Wsiadamy, ja jej nazwę hotelu wymieniam i adres na kartce pokazuję. Ona, że ulicę, no to podaje. Wstukuje w nawigację. Jedziemy jakieś 5 minut i orientuję się, że 27 km jej pokazało.
Oj coś nie tak. Mocno nie tak, ale jak się wali to się wali, zęby nam powypadali!
Pokazuję, mówię, dostaję nawigacje do wklepania adresu, wstukuję nazwę hotelu, a nie ulicy. Teraz jest OK, poniżej 10 km.
Dojechaliśmy, zapłaciliśmy. Próbuję wejść, ale drzwi zamknięte.
No w mordę jeża, nawet Ibis nam nie dowierza. Po chwili pojawia się ktoś na recepcji.
Kolejne 15-20 minut to czas, gdy czekamy na przydział pokojów, płacimy podatek,
Jest 2.00 albo później gdy idziemy spać.
Wstajemy całkiem wcześnie bo około 10.00, niektórzy wcześniej, bo gadają przez telefon w środku nocy czyli przed 10.00.
Około 12.30 wychodzimy z hotelu, pieszo do RER 2 stacja Gentilly jakieś 10 minut. Kupujemy bilety po 2,80 E/ osoba i jazda do stacji z katedrą w nazwie.
Teraz pieszko wzdłuż Sekwany do muzeum d' Orsay. Uwielbiam ekspresjonistów, no wiem , nie jestem w tym oryginalna.
Do muzeum kolejka. Na szczęście szybko idzie. Wchodzimy do środka ciut po 14.00. Dzisiaj wstęp gratis,jutro zamknięte, może stąd te komitety kolejkowe. No, wreszcie moje podpuchnięte oczęta się radują.
Jeśli Wam się wydaje, że to koniec atrakcji na dziś to się mylicie!
(tylko na papieroska skoczę i dokończę!)
Jestem! Dziewczyny też są wszystkie. Zaraz powiem dlaczego.
tak więc, po muzeum na jedzonko, dziewczyny znów nie wiedzą czego chcą! One na pizzę, a mój żołądek niezbyt ją trawi.
Ja na kanapkę i kawkę, obok. Potem odmeldowuje się u dziewczyn, ich pizzę dopiero podano.
Na razie, spotkamy się w hotelu!.
idę do RER, którym przyjechałam, a tam każde z 5 wejść zamknięte. Znaczy strajkują. Dobra to z powrotem do punktu informacji turystycznej wyczajonej blisko. Świeci się, a to w porzadku. Łapię za drzwi, a tu zamknięte. O w mordę, nie jest wesoło, ja bez telefonu jeżdżę, tablecik w Ibisie, mapka taka trochę do dupy, poza tym ciemno, a ja prawie ślepa literki na niej małe,
O jest facet, otwiera. No to nawijam, a on, że taxi najlepiej!, No tak to zawsze można !. Nie po takie info tu przyszłam. W końcu znajduje mi autobus nr 38 do Porte d" Orleans , a to już lepiej. Wiem gdzie zn zaleźć przystanek. To idę. Autobus jest za 10 minut, napchany. Ufff udało się, jestem w środku bilet od kierowcy za 2 E.
Potem udaje mi się dopchać do kasownika. Dojeżdżam do ostatniego przystanku, ruszam z kapcia. Tylko raz pytam o drogę. Jestem.
Dziewczyny też autobusem nr 38 dojechały. I to tylko tyle atrakcji na dziś. Wystarczą za wszystkie fotki, których nie robiłam!.